Kto jest moim bliźnim czyli niepolskonormatywność

Republika biedaków zaczyna pękać w szwach. Oprócz oczywistych potrzeb starszych, schorowanych lub też młodszych, równie potrzebujących ludzi bezdomnych urodzonych przez polskie matki w kraju nad Wisłą, kraj ów po przyjęciu setek tysięcy ofiar wojny w Ukrainie doszedł do wniosku, że się zmęczył, że stary, schorowany pan Sasza czy pani Lena co uniknęli śmierci z rąk Putina mogą sobie spokojnie umierać bez leków, wsparcia, na ulicy pięknej Polski. Jak wiadomo bliźnim jest dla nas tylko obywatel Polski i to pod warunkiem, że pochodzenie słowiańskie ma od pokoleń i skórę białą, a włosy blond.

„Tak” i „nie”. Samo się nie zrobi.

Pod nasze dachy trafiają ludzie „których nikt nie chce”. Niewidzialni w systemie. Ten zaś zwiera szeregi, zacieśnia granice i wypluwa kolejne rzesze naszych bliźnich. Tym razem starych, chorych i niepełnosprawnych uchodźców. Oby nasze ręce ich przygarnęły. Ręce ludzi przyzwoitych, ręce miłosiernych Samarytan. A ten Samarytanin, jak wiecie, należał do grupy pogardzanej przez pobożnych Izraelitów. I jakoś Jezus nie mówi, że najpierw sprawdził pochodzenie rannego człowieka czy jego przeszłość. Czy nie daj Boże Żydem był czy też Rzymianinem albo, o zgrozo! Arabem.

Po- świątecznie i zwyczajnie

Kilka dni urlopu czyli Arturem zajęli się Marcysia i Tomasz, a ja z Tamarą w najlepszym hotelu w stolicy, czyli naszym warszawskim domu dla chorych.

Nie, nie potrzebujemy, na razie, opieki. Tam jest małe mieszkanko gościnne. Jak zapowiemy, żeby nikt się do nas nie odzywał, to cisza i spokój czyli luzik. Te wczasy to był prezent pod choinkę od naszych dzieci. Wspierała Wiola. Ukochana ciocia Artura. Jak Wiola ma wolny dzień, to mam przechlapane. Synek robi awanturkę: „Nie ma cioci”, a potem zalega w łóżku przechodząc w stan oczekiwania. Każdy mój wyjazd to konieczność zastępstwa w opiece nad nim i jego sforą psów w liczbie sztuk cztery. Piąty, staruszek Feluś, odszedł niedawno, a był z nami wiele lat. No i w Zochcinie być trzeba i wesprzeć dom cały. A ludzie tu starsi i schorowani.

Przestroga.

Żaden naród nie jest ze swojej natury święty i nieskalany złem. Żadna społeczność. Od nas zależy jakie wartości przekazujemy dzieciom, młodym i promujemy w kościołach, mediach, szkołach, na ulicy i w pracy. Jakim ludziom dajemy władzę. Jakim wartościom dajemy świadectwo. Aby to, co jeszcze niedawno było wstydem i niejako tliło się na obrzeżach- nienawiść, pogarda, brutalność, rasizm, antysemityzm, które są zawsze w każdej grupie, nie zyskało statusu normalności. Już powoli zyskuje. Może to ostania chwila. Oby nie.

Rekolekcje Wielkopostne

Serdeczna atmosfera, świetne miejsce i wspaniali ludzie w kieleckim Duszpasterstwie Akademickim na Wesołej. No to do posłuchania:

Stare-nowe spojrzenie

Tego przytupu, odwagi i spokojnej ufności życzę, choć zamęt wdziera się w każdą szczelinę naszego życia. Może trzeba, żebyśmy stali się ową kotwicą? Uczepioną do….no właśnie, do czego? Do kogo? Do Chrystusa, a w wersji dla niewierzących- do dobra i przyzwoitości, a one są przecież ….wartościami ewangelicznymi, choć te sięgają jeszcze głębiej. Małym światłem wśród miliona gwiazd i ciemności nocnych.

Pisuar

Tak- obecność pisuarów w schroniskach dla ludzi bezdomnych jest zatwierdzona ustawowo. A u nas nie ma i nie będzie. Ludzie na wózkach, o chodzikach, z zaburzeniami głowy i równowagi, z urządzenia owego nie mogą- nie potrafią korzystać. Najwyżej oprą się lub usiądą na tym i zwalą się okaleczywszy. Bo najważniejszy jest, proszę państwa, PISUAR. Nic to, że powierzchnia domu ogromna, wspólna przestrzeń wielka i piękna, wszystko przystosowane do niepełnosprawności, łącznie z windą i łazienkami i….. brakiem pisuarów właśnie. Nagrody za przyjazną niepełnosprawnym architekturę też.

Lodołamanie

Mam wrażenie, że żyjemy trochę jak lodołamacz. Posuwamy się pomalutku, przedzierając się przez warstwy lodu i w zamęcie. Lodołamacz ma trzymać się kursu. Trzymajmy się kursu. Kursu na miłość i miłosierdzie. Na solidarność i życzliwość. W historii bywały okresy bardziej burzliwe. Również w historii Kościoła. I te czasy wydały – paradoksalnie- wielkich świętych i ludzi wielkich niekanonizowanych. Nie oglądali się ani nie szukali usprawiedliwienia w złych czynach innych, czasem tych, którzy powinni świecić przykładem. Szli i robili swoje, wierni przykazaniom i miłości Boga i bliźniego.

Niewidzialni

Dostrzec piękno niewidzialnego. Tego, z którym nie liczy się nikt, bo chory, stary, niepełnosprawny. Tylko kłopot z nim i kosztuje. Tak, nie ukrywajmy. Kosztuje i dlatego, choć jeszcze głupio jakoś o tym mówić głośno, to zmierzamy do hm….nazwijmy to ładnie- ograniczenia kosztów. Zarówno materialnych jak i trudu wspierania słabszych, niesienia ich we własnym życiu. Unikamy cierpienia i wysiłku, pracy nad miłością i nad sobą. Ma być łatwo i przyjemnie, najlepiej za friko. Cóż, tak się nie da. To „łatwo i przyjemnie, bez wysiłku” kończy się zwykle „trudno, nieprzyjemnie i z wysiłkiem”.

W poszukiwaniu….. czego właściwie?

Objawienie to spotkanie kogoś, kogo uznamy za Króla. Za Chrystusa- Syna Bożego. Może przydarzyło się nam takie ukryte objawienie- kiedy dostrzegliśmy Go w drugim człowieku? Tym cierpiącym jak On lub tym, który obdarza miłością i dobrocią jak On? Obdarza miłością i dobrocią każdego człowieka, bez różnicy. Jedno wiem: gdyby Trzej Królowie nie mieli odwagi szukać, to by nie znaleźli. Siedząc na ….nie znajdziemy. Pytanie tylko czego szukamy, albo lepiej: kogo szukamy?