Po- świątecznie i zwyczajnie
Kilka dni urlopu czyli Arturem zajęli się Marcysia i Tomasz, a ja z Tamarą w najlepszym hotelu w stolicy, czyli naszym warszawskim domu dla chorych.
Nie, nie potrzebujemy, na razie, opieki. Tam jest małe mieszkanko gościnne. Jak zapowiemy, żeby nikt się do nas nie odzywał, to cisza i spokój czyli luzik. Te wczasy to był prezent pod choinkę od naszych dzieci. Wspierała Wiola. Ukochana ciocia Artura. Jak Wiola ma wolny dzień, to mam przechlapane. Synek robi awanturkę: „Nie ma cioci”, a potem zalega w łóżku przechodząc w stan oczekiwania. Każdy mój wyjazd to konieczność zastępstwa w opiece nad nim i jego sforą psów w liczbie sztuk cztery. Piąty, staruszek Feluś, odszedł niedawno, a był z nami wiele lat. No i w Zochcinie być trzeba i wesprzeć dom cały. A ludzie tu starsi i schorowani.
