A tym moim braciom i siostrom, którzy oburzeni są, że część z tych nieszczęśników szuka lepszego życia ku refleksji przypominam, że miliony Polaków od XIX wieku emigrowało nie tylko z powodów politycznych, lecz przede wszystkim za chlebem. Współcześnie wielu, szukając pracy, wpadało w pułapki gangów, które wykorzystywały ich jako niewolników na plantacjach we Włoszech, Hiszpanii czy Anglii, a kobiety lądowały w burdelach. Wyjeżdżali bez znajomości języka, kultury i obyczajów krajów docelowych, wielu nie dało rady. Tworzyli własne, kulturowe getta. Byli postrzegani jako zagrożenie, bo różnili się bardzo, w tym kulturowo, od innych. Niektórzy ze współczesnych migrantów wracają do kraju jako osoby bezdomne, dzięki pomocy dobrych ludzi. Inni latami żyli na socjalu, lub wspierani przez organizacje charytatywne, większości jednak udało się zbudować nowe życie.

Najpierw będzie o świecie, a potem co u nas….

Mija kolejny dzień zła i kolejny dobra. Tysiące ludzi mobilizuje siły, pieniądze, dary, modlitwę i współczucie dla ludzi uwięzionych w pułapce na granicy. Współczucie czyli …czucie razem, z drugim człowiekiem. Po francusku brzmi to jeszcze mocniej: “compassion” czyli współ-cierpienie. /z łac. compassio/. Może warto wrócić do źródła słów i znaczeń.

Również tysiące usiłuje wmówić sobie i innym, że “rodacy, nic się nie dzieje”. Są jeszcze ci, którzy nie do końca rozumieją o co w tym chodzi, pogubieni w informacyjnym bałaganie. Za jasny informacyjny przekaz odpowiedzialne są media. Za ocenę i wskazanie kierunku zgodnego z nauczaniem Ewangelii- Kościół w osobach biskupów. I to robi, choć może zbyt jeszcze cicho, zbyt mało natarczywie odpowiednio do rosnącego napięcia i wzrostu cierpienia.

Rodzi się pytanie: “Czy wam nie wstyd, panie i panowie? Politycy, wykonawcy poleceń i rozkazów traktujący dzieci i dorosłych jak śmieci? Wbrew prawu i zwykłej przyzwoitości. Taki zwykły wstyd, nie mający wyznania, wiary, po prostu wstyd ludzki.”

Bo mi, jak zrobię komuś przykrość, kogoś skrzywdzę, nie pomogę, choćbym mogła – jest wstyd. Tak mnie wychowano i nauczono. A jak wychowano was? Czego nauczono? Co pozostanie w pamięci o was? Wiem, że nie dostanę odpowiedzi, ale, paradoksalnie, martwię się o was. Tak, o was, ludzie twardych serc. Bo, cóż, życie na tej ziemi ma dla każdego swój kres. I żadne słupki poparcia ziemskiego nie mają znaczenia po tamtej stronie. Żadne partyjne czy polityczne układy, żadna władza. Żadne kłamstwa i uniki tam nie przejdą. A na bramce będą stali ci, którzy zamarzli, umarli w cierpieniach. Mam nadzieję, że mimo wszystko wstawią się za wami. I za mną też.

A wystarczyłoby tak niewiele. Zjednoczyć siły ludzi dobrej woli, organizacji i władzy i opracować sensowny plan wsparcia ludzi zamkniętych w diabelskim, przygranicznym kotle, z poszanowaniem prawa, z dbałością o bezpieczeństwo granic, zamiast spektaklu przemocy, pogardy i cierpienia. Siła państwa nie polega na wypychaniu cichcem dzieci do lasu i na bagna. Na poniżaniu ludzi, którzy zostali oszukani przez łajdaka, omamieni wizją lepszego życia lub w ogóle życia, bo części z nich grozi w ich krajach śmierć.

A tym moim braciom i siostrom, którzy oburzeni są, że część z tych nieszczęśników szuka lepszego życia ku refleksji przypominam, że miliony Polaków od XIX wieku emigrowało nie tylko z powodów politycznych, lecz przede wszystkim za chlebem. Współcześnie wielu, szukając pracy, wpadało w pułapki gangów, które wykorzystywały ich jako niewolników na plantacjach we Włoszech, Hiszpanii czy Anglii, a kobiety lądowały w burdelach. Wyjeżdżali bez znajomości języka, kultury i obyczajów krajów docelowych, wielu nie dało rady. Tworzyli własne, kulturowe getta. Byli postrzegani jako zagrożenie, bo różnili się bardzo, w tym kulturowo, od innych. Niektórzy ze współczesnych migrantów wracają do kraju jako osoby bezdomne, dzięki pomocy dobrych ludzi. Inni latami żyli na socjalu, lub wspierani przez organizacje charytatywne, większości jednak udało się zbudować nowe życie.

Polscy emigranci w Argentyniehttps://podroze.onet.pl/ciekawe/polscy-imigranci-w-argentynie-polonia-w-prowincji-misiones/v32dzm9

A u nas – impreza wielka była w niedzielę. Śluby siostry Kasi w kaplicy w Jankowicach. Ks. Biskup Krzysztof Nitkiewicz mszę odprawiał i świadkiem był, że to Kościół przyjmuje siostrzane śluby. Przyjechały siostry z Rumunii i Niemiec, każdy, kto mógł, z Polski. Dziękujemy wszystkim, także tym, którzy nas zastępowali w domach. Bo przecież nie można zostawić mieszkańców na kilka dni bez opieki. Artur oczywiście zaangażował się całym sobą, głównie w polowanie na biskupi pastorał, piuskę /to taka fioletowa czapeczka/ i krzyż. Jakimś cudem udało się ocalić biskupie insygnia, ale było nerwowo. Synek kocha czapki, laski i krzyżyki! A tu przyjechał pełny zestaw!

Dociekliwym wyjaśniam: w naszej Wspólnocie do modlitwy liturgicznej zakładamy białe alby. Jak to u nas: gdzieś nam zaginęły więc nie wszyscy mogli założyć. Ale śluby są ważne, Pan Bóg się z pewnością nie obraził.