20160319_214116
Św. Józef wita i pilnuje

Dzisiaj mija 25 lat od chwili, kiedy rozpoczęliśmy jakocanstockphoto1853806 Wspólnota Chleb Życia -życie w Warszawie. Dokładnie w św. Józefa zjechaliśmy z kilkoma najwierniejszymi mieszkańcami do, będącego w pełnym remoncie, domu na Łopuszańskiej, który szybko nazwaliśmy „Betania”.

Zebrane z trudem graty w poprzednim domu w Bulowicach koło Kęt przewiozły nam…wojskowe ciężarówki. To były skarby, wówczas na wagę złota: łóżka, pościel, garnki itd. Wszystko od dobrych ludzi. Dom w Bulowicach nie nadawał się do dłuższego mieszkania, ale wdzięczni jesteśmy do dziś SS.Zmartwychwstankom za jego udostępnienie w 1989 roku. To był początek.

A na Łopuszańskiej – nie było prądu i ogrzewania, rzecz jasna. Chyba, o dziwo, była jedna toaleta, ale łazienki już nie. No i kuchni. Wokół śmietnisko. I wtedy Ela – pierwsza mieszkanka bulowickiego domu, wierna do dzisiaj, choć od lat ma już swoje mieszkanie, kobieta postury drobnej, zapobiegła totalnej załamce ekipy. Wzięła się pod chude boki i ryknęła:”K…., co się tak gapicie! Jazda, chłopaki kombinować butlę turystyczną i kuchenkę, reszta materace rozłożyć w pokoju /jeden był nadający się do użytku/, wyciągać kubki, talerze. Kolacja i spać. I tak legliśmy pokotem, bez płci rozróżnienia, solidarnie, Tamara, Renia, ja z małym Arturem i reszta towarzystwa na stercie gratów przykrytych materacami.  Skąd wzięli kuchenkę, wolę do dziś nie wiedzieć. Ale gorącą herbatę piliśmy. Kiedyś inny gatunek mieszkańców był. Zaradniejszy jakoś. Ileż to razy musiałam likwidować „grzałki elektryczne” w postaci żyletki na kablu podłączonym do żyrandola umieszczonej w kubku z wodą. Wrzątek był błyskawicznie, ale jakoś nie dałam się przekonać. Stara to więzienna metoda.

20160319_213322
kaplica

Dom ten wygrzebał gdzieś z zasobów miejskich Maciej Rayzacher. Z remontem bawiliśmy się bardzo długo. Nie było ani materiałów budowlanych ani na nie pieniędzy. Zawsze jednak Pan Bóg kogoś przysyłał, kto pomógł- a to kafelki kolorów i rozmiarów różnych, tak, że trzeba było kombinować jak to ułożyć, a to jedzenie, czy meble. Szambo też w pewnym momencie wywoziło nam wojsko, bo w Warszawie te usługi praktycznie wtedy nie funkcjonowały. Stopniowo życie zaczęło się układać, a ludzie bezdomni walili tłumnie, tak, że jesienią stały na podwórku namioty wojskowe. Trzeba było biegiem dostawić budyneczek- osobiście cement lałam, ze wszystkimi. Oczywiście powstała kaplica z Najśw. Sakramentem, dzięki życzliwości i, co tu dużo mówić, zaufaniu Ks.Prymasa J.Glempa i ks.Proboszcza- Władysława Nowickiego. Przecież byliśmy nieznaną grupką wariatów mieszkających z „podejrzanym elementem”.

Potem, w miarę potrzeb powstawały kolejne domy, jako odpowiedź na potrzeby tych, którzy pukali i nadal pukają do naszych drzwi. Właśnie rozbudowujemy Zochcin. Miejsc stale i wszędzie brakuje.

Wokół Betanii powstały luksusowe sklepy i biurowce. I nie ma już naszej giełdy, na której żebraliśmy nocą u rolników o warzywa, a świtem zbieraliśmy pozostawione smakołyki- pomarańcze, pomidory, rzodkiewki. Za to mieliśmy rzecz niezwykłą-faks, z którego korzystali młodzi właściciele nowo powstającego komisu samochodowego na przeciwko.W zamian mogliśmy liczyć na pomoc transportową.

Wymagania systemu wzrastały wraz z biurokracją i dobrobytem z-domnych obywateli. Płaciliśmy  kary za zbyt wąską/ o 5 cm/klatkę schodową, aż się zniecierpliwiłam i kazałam wytłuc kawałek ściany, tak, żeby przy stopniach było o te 5 cm więcej. Na koniec trzeba było założyć klapy oddymiające, które dzielnie się otwierają i wyje alarm, kiedy spadnie trochę śniegu.

20150708_123721
nasze podwórko

Tuje posadzone 25 lat temu odwdzięczyły się niebywałym wzrostem, a były to krzaki, które sklep ogrodniczy wyrzucił, bo uszkodzone. To, co zbywa dobrze się mającym może rozjaśnić świat biedakom.

Coraz ciaśniej się robi dla ubogich w świecie norm, standardów i konsumpcji. Nawet „resztki z pańskiego stołu” są dla nich nieosiągalne, w trosce o ich dobrostan, rzecz jasna. We Francji supermarkety mają od niedawna obowiązek przekazywania żywności organizacjom. U nas bój o żywność z Banków Żywności toczy się nadal, a tysiące ton jedzenia idzie do zniszczarek lub ….hm, przekazywana jest po cichu potrzebującym, jeśli personel ma resztki poczucia przyzwoitości i trochę odwagi oraz komuś się chce w to bawić.

20150708_120410
Wspólnota Chleb Życia, dom Betania

Przez te 25 lat w Betanii znalazło dom na krócej lub dłużej prawie 5000 osób. Ilu życzliwych ludzi nas wsparło i nadal wspiera? Tysiące. I wszystkim jesteśmy ogromnie wdzięczni. To cały mikroświat dobra. Jedni pomagają dłużej, inni przyłożyli rękę i poszli dalej, jeszcze inni coś podrzucają, często bezimiennie.

A Pan Jezus z małej kaplicy na pięterku ogarnia zarówno tych, którzy tu mieszkają, jak i przechodniów i pasażerów tysięcy samochodów przejeżdżających arterią.

Nad-obowiązkowo

Pani Maria. Jedna z pierwszych mieszkanek Betanii. 

Była bezdomną starą, schorowaną kobietą ściągniętą z dworca. Nie wiedziała jak się nazywa, albo wiedziała, tylko nikt jej wierzyć nie chciał. Nie figurowała w żadnym ze spisów obywateli. 

Tęga kobieta, ledwo chodziła. Za to godzinami siedziała w jadalni z Arturem i spokojnie podawała mu pokrywki od garnków, które on również godzinami wprawiał po mistrzowsku w ruch obrotowy. I karmiła go cierpliwie, a jadł wyłącznie chleb z miodem pokrojony na malutkie kawałeczki. Autystyk tak ma.

Była kobietą wykształconą. Twierdziła, że kończyła biologię przed wojną i to musiała być prawda, bo wiedzę miała z tej dziedziny niemałą. Utrzymywała, że do końca lat sześćdziesiątych miała mały dworek i kawałek ogrodu pod Warszawą, resztkę przedwojennego majątku, który komuniści zostawili rodzinie. Aż pewnego dnia komuś dworek przypadł do gustu, a ona sprzedać nie chciała. Pobita i porzucona w rowie, uznana za zmarłą stała się bezdomną. 

Historię tę traktowaliśmy z przymrużeniem oka, bo i inne opowieści – o ogromnym majątku zakopanym pod drzewem w sadzie, też snuła. Majątek oczywiście na Wspólnotę planowała oddać, tylko nie mogła sobie przypomnieć, gdzie to drzewo rośnie. Ogromnie to przeżywała, a my sobie z tego niecnie żartowaliśmy. 

Pani Maria zmarła u nas i została pochowana, jakimś cudem bez większych problemów z biurokracją, mimo braku dokumentów, pod nazwiskiem, które podawała. Nie chcieliśmy, żeby była NN. Minęło trochę czasu i spotkaliśmy człowieka, który mieszkał w miasteczku, skąd niby nasza babcia Maria pochodziła. Ot, tak, opowiedziałam mu jej wersję historii, jako ciekawostkę. A gość mi na to: „To jest prawda! Rzeczywiście właścicielka tego dworku nagle zniknęła,  uznano ją za zmarłą, a dom szybko przejął ktoś z nomenklatury.” 

Babciu Mario! Dziękuję Ci za Artura. Pozbawiona wszystkiego nie straciłaś najważniejszego: serca. Tyle lat minęło, a ja ciągle, wchodząc do jadalni, widzę was dwoje-starą, biedną kobietę i upośledzone dziecko, jak razem się śmiejecie i bawicie. Pokrywkami od garnków.