W czwartek wróciłam z Torunia, a dzisiaj – pogrzeb Taty Inżyniera w Nowym Sączu. Tata zmarł w naszym domu w Nagorzycach, ale mieszkał stale w Nowym Sączu właśnie. I zrobił problem. Nie, nie nam, ale systemowi. Bo w pierwszej wersji po akt zgonu odesłano Inżyniera do lekarza rodzinnego. Odległość z Nagorzyc do Nowego Sącza to 170 km. Dopiero po sprowokowaniu wersji drugiej przyjechała lekarka z pobliskiej przychodni. Nie umierajmy poza rejonem z uprzejmości dla służby zdrowia.
W Toruniu duszpasterstwo akademickie śmiga pod wodzą księży Jezuitów. Uświadomiłam sobie, że z niejednej kuchni jezuickiej już jadłam w czasie wędrówek. Zawsze serdecznej. Z wdzięcznością patrzę na tych facetów/na innych księży też/, którzy urabiają sobie ręce dla Pana Boga i ludzi. I na braci i siostry- ludzi, którzy wierni są i przychodzą do kościoła, często kuśtykając, z laską czy nawet na wózku. Jak nasza 96-letnia Przyjaciółka, która mimo choroby nóg stawia się co rano na mszy w pobliskim sobie kościele. Inni prosto z pracy, albo wykładów. A mogliby sobie odpuścić.
W Warszawie większość organizacji wspierających ludzi bezdomnych rozdaje paczki z Banku Żywności swoim mieszkańcom, a następnie odbiera od nich darowiznę w postaci tychże samych paczek, żeby wrzucić do wspólnego garnka. Wszystko oczywiście na papierze. Ubaw niezły. My w to nie weszliśmy, bo w którymś momencie trzeba powiedzieć „nie” absurdom. To kwestia naszej i naszych mieszkańców godności. Zapraszalibyśmy ich do wspólnego kombinowania. Podobnie nie weszli księża Orioniści prowadzący schronisko dla bezdomnych. Tylko czekać, jak ktoś odchodząc ze schroniska zażąda reszty cukru i oleju, którego w trakcie pobytu nie zdołał spożyć. /O co biega-czytaj tutaj/. A co z tymi, którzy na paczki się nie załapali? Nie dostaną obiadu?
Kocham ten kraj, bo ciągle zaskakuje nowatorskimi pomysłami na życie obywateli. I ciągle nie możemy utracić tej zdolności przeżycia/czytaj: kombinowania/, która nas ratowała przez okresy zniewolenia. „Polak potrafi”. Okazuje się przydatna obecnie, tylko jakoś mi szkoda, że zamiast tworzyć wspólne dobro musimy kombinować, jak żyć, żeby nas Wielki Brat Biurokrat nie pożarł. O zaufaniu wzajemnym państwo-obywatele zapomnijmy. Jak daleko można się posunąć w uległości wobec niemądrych przepisów? Jak daleko w kombinowaniu jak je obejść? Oto jest pytanie!
Na szczęście prawa Królestwa Bożego idą często pod prąd wszelakim trendom, z cierpliwością tolerując ludzkie niedojrzałości i próby poradzenia sobie bez nich właśnie. Bóg jest Panem czasu i historii. Zbliża się Święto Narodzenia pewnego Dziecka, które nie pytało Sanepidu o certyfikat warunków higienicznych w betlejemskiej grocie. Jak wiadomo, urodziło się także wbrew woli ówczesnego władcy tych ziem, który uznał, że owa niesubordynacja mu zagraża. Poniekąd słusznie.
W Tarnobrzegu młodzież, jak co roku, stoi w supermarketach zbierając żywność dla naszych mieszkańców i rodzin w potrzebie. Można wrzucać bez pokwitowania, wywiadu środowiskowego oraz aktu darowizny. Przynajmniej na razie. Wrzucajcie, jeśli możecie, wszędzie tam, gdzie dzieciaki stoją, a stoją w wielu miastach. Niech mają satysfakcję i zetkną się z dobrocią, a nie obojętnością. Zagadnijcie dobrym słowem. Są pełni zapału. Obyśmy im tego nie odebrali. To równie ważne, jak cukier czy makaron dla ubogich.
Nad-obowiązkowo
A życie toczy się swoim rytmem.
Melduję, że wszystko gra w Zochcinie! Stan się zgadza! Obyło się bez ofiar wyjazdu Najwyższych Instancji!
W ostatnim czasie Wielebna S. M wybyła na Toruń w celu prowadzenia rekolekcji. Pierwsze pytanie padło: „U Ojca Dyrektora?” W Zochcinie zostaliśmy ja, Janek i Mikołaj. Ksiądz Jacek akurat też wybył na parafie. Cóż, chłopcy na szczęście w Zochcinie nie wyprawiali, odnaleźli natomiast dwie sowy, które zamieszkały w domku myśliwskim. Ponadto raz Damian ze Ślepym (pseudo jednego z Krzyśków) zastanawiali się, czy na zamarzające płytki wysypać sól kuchenną czy przemysłową. Zakończyłem spór mówiąc, że jak jest, to przemysłówką sypiemy. W samym Zochcinie sypnęło trochę śniegu, osadził się szron na drzewach i jest bajka. Poza tym zakończyliśmy akcję „Mikołaje z Tarnobrzega”, czyli rozdawanie paczek mikołajkowych małoletnim z naszych rodzinek w okolicy, którymi się zajmujemy. Paczki przygotowały dzieciaki z zerówki w Szkole Społecznej im. Małego Księcia w Tarnobrzegu. Pierwszego dnia towarzyszyła nam Pani Socjalna z OPS-u z Sadowia, następne paczki rozwoziliśmy ja z Jaśkiem. Mikołaj w tym czasie robił zaopatrzenie domów ze mną lub sam, w zależności od naszych zmian z Jaśkiem na Arturze.Kot Wielebnej może należeć do grupy Anonimowych Darmozjadów Kociej Karmy lub do fanklubu Miłośników Kitty Kata lub Wheaskasa, bo łba z miski już nie podnosi. Poza tym Artur dał się wywlec z domu do pomocy przy rozdawaniu paczek w ramach „Mikołajów z Tarnobrzega”. I tak
się zmęczył, że nawet do paczek nie zaglądał i na zakupy się nie wybierał.
Niestety zmarł Pan Władysław, ojciec Wojtka- Inżyniera. A nasze najmłodsze szczenię z klanu- Nadia- mówi już „tata”. Do Mikołaja, co ciekawe. Mama z Marceliną przeegzaminowały co Nadia winna umieć w wieku prawie 8 miesięcy i wyszło, że się leni, bo powinna sama siedzieć i raczkować. No i właśnie przynajmniej „tata” mówić. Dziecko więc, jak przyszedł Mikołaj, zebrało się w sobie i ambitnie zaczęło mówić „TaTa”, „Tada” i „Tata” z chichotem chochlika. Grunt to motywacja. No i Miki został wybrany na naczelnego tatusia. /Tomasz/
No właśnie. I co ja jeszcze robię w Zochcinie, skoro im tak dobrze idzie?