Zupa na Monciaku w osobie Oli przejechała z Sopotu pół Polski, a nawet więcej /czyli sławne „większe pół”/, żeby przywieźć bezdomnego człowieka do Zochcina. Władze naszego kurortu powinny wdzięczne być swojej  Zupie. Wszyscy ludzie bezdomni ubrani cieplutko, chorzy wpychani do szpitali, niektórzy nawet poszli na terapię, rany opatrzone, brzuchy nakarmione. Wielu żyjących na marginesie nie wejdzie w  żaden system. Przynajmniej na początku drogi. Trzeba do nich wyjść, chwilę pobyć razem. I to robią Zupy. Grupy zwykłych ludzi, nieformalne na razie, które docierają do tych, na których system położył krzyżyk.  A oni, nasi ludzie bezdomni, wciąż są „człowiekami”. Pan Bóg nigdy, nigdy, na żadnym człowieku,  krzyżyka nie kładzie. Na razie część z Zup wspieramy, a z czasem pewnie się usamodzielnią formalnie.

Mieszkanka Jankowic z podejrzeniem nowotworu wypisana ze szpitala płucnego. Przywieźliśmy do domu bo ma sobie sama dojechać do Centrum Onkologii, żeby zrobić badanie, a następnie sama dojechać ponownie do pierwszego szpitala. W Centrum miała być na 13. O 15-tej jeszcze nie było wiadomo, kiedy badanie zostanie wykonane, tak jak nie było wiadomo, bo po co pacjentów informować, w której kolejce trzeba stanąć do rejestracji. Szczęśliwy traf. Niestety, pani się nie trafił, więc po godzinnym staniu musiała zmienić ogonek do kolejnego okienka. Z panią była Tamara i Piotrek. Na szczęście, bo miał kto pchać wózek przez kilometry korytarzy. Pod wieczór Tamarze udało się uprosić kogoś z personelu, żeby po zakończeniu badania wezwał taksówkę, na którą zostawiła pieniądze i odesłał kobietę do szpitala płucnego. Nie było łatwo znaleźć chętnego. „To nie mój obowiązek”. Bo nasi już dłużej czekać nie mogli. Kielce to od nas 60 km. Szpital płucny od Centrum Onkologii odległy o 12 km. Jakiś absurd! Wypisać kobietę ze szpitala, niech wraca do domu, potem sama jedzie na badania, żeby ją z powrotem przyjąć. Gdyby nas nie miała, jakaś samotna kobieta z głębokiej wsi, bez samochodu? Gdyby była sama, nie przeszłaby tych korytarzy, nie połapałaby się we wszystkich procedurach, wreszcie nie dałaby rady jeździć tam i z powrotem. No i pewnie nie miałaby za co.  System tworzą ludzie, a jak nie wiadomo o co chodzi…..Na starych i chorych kasy nam żal.

Dobra wiadomość: dach na domu w Krakowie położony. Położył się też Inżynier, który po raz kolejny jeździł tam w celach budowlanych. Jechał z grypą. Teraz zostaje do roboty środek. Budynku, nie Inżyniera. Już wiele zrobione, ale jeszcze zostało. Jeśli rację ma bł. br.Karol de Foucauld, że trudności są oznaką, iż rzecz podoba się Panu Bogu, to dom w Krakowie musi Mu się podobać bardzo.

A w Warszawie w domu dla kobiet impreza była. Ostatkowa. Mnie nie zaprosili, paskudy!

The specified carousel id does not exist.

 

Kolejne mieszkanie kolejnej rodzinie nasze chłopaki odnowiły. I łazienka w domu dla chorych dodatkowa powstała i kiermasz w Zawichoście nabrał lekkiego połysku oraz znaczenia. Tamara z mieszkańcami dokonała cudu i z zapyziałych pomieszczeń powstał mały bieda-klubik, gdzie można usiąść, poplotkować i wypić kawę. Nie wszystkich stać na kawiarnię, a tu swojsko jest i pograć można w jakieś gry i poczytać książkę. Chętnie przyjmiemy romanse i kryminały. Jesteśmy zbyt zmęczeni i doświadczeni życiem, żeby czytać jakieś filozofie. Jakby co, to można przysyłać albo do mnie/dla wsi/, albo do domu dla kobiet w Warszawie-Stawki 27. Adresy na naszej stronie internetowej.

Generalnie jak zwykle miejsc nie ma. Zima przecież. Ale zawsze zostają materace, jadalnie i korytarze. Czasem się coś zwolni niepodziewanie, bo ktoś płynie lub musimy go wyprosić, jak pewnego Pana/pisał niedawno komentarz o swoje krzywdzie, tu na blogu/ co do młodych dziewcząt stosunek miał hm….zbyt pozytywny i bezpośredni. Poratował nas Urząd Miasta zabierając kilka osób do swojego pustawego ośrodka interwencji. Ale znów napłynęła nowa fala.

Dlatego czekamy z utęsknieniem na nowy budynek w Jankowicach i Kraków. Może też uda się w Warszawie, a byłby to cud, wybudować cosik, zwłaszcza, że los schroniska dla chorych/czasem i 100 osób/ wisi na włosku. Silni zbliżają się z budową osiedla, my słabiacy nie mamy szans. I kontenery przy domu na Łopuszańskiej chciałabym zlikwidować. Choć lepiej w ciepłym kontenerze niż na ulicy, ale najlepiej w budynku. A ów jest zbyt mały, żeby pomieścić wszystkich chętnych.

„To nie mój obowiązek” twierdziły panie z personelu szpitala. Czy aby na pewno? Co jest naszym człowieczym obowiązkiem? Czy tylko to, za co nam w ten czy inny sposób zapłacą? Czy nie jest naszym ludzkim obowiązkiem pomagać słabszym? Troszczyć się o innych? To oni: państwo, Kościół, ci „oni” maja zadbać. O co? No o to, żeby MI było dobrze. Na końcu okazuje się, że nie ma „onych”. Zostaję ja i ty.

Nie, naszym obowiązkiem jest troska o to, żeby innym było dobrze. Chrześcijańskim i obywatelskim obowiązkiem. Co za to? Radość i wolność. Miłość. Drugi człowiek jest dla mnie zatem szansą. Bo poza obowiązkami wynikającymi z prawa istnieję obowiązki moralne. Wobec społeczeństwa.

Jak wiele osób nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że ktoś może coś robić bezinteresownie, stracić materialnie z miłości lub zwykłej i solidarności? To dlatego nie mamy do siebie zaufania i drugiego traktujemy jak konkurenta i przeszkodę w spokojnej konsumpcji życia. Zwłaszcza, jeśli ten drugi czegoś od nas potrzebuje.

Nad-obowiązkowo

To nie cytat z chrześcijańskiego poradnika. To wytyczne ze strony……francuskiego biura informacji publicznej.

Człowiek powinien żyć  z postawą  obywatelskiego ducha i życzliwości. Życzliwy stosunek obywateli wobec siebie jest warunkiem, żeby życie społeczne było możliwe. Grzeczność, szacunek, zdolność przyjścia z pomocą osobie w trudnościach są głównymi elementami „obywatelskości” w życiu codziennym. Braki w tych podstawowych zasadach życia wspólnego osłabiają więzi społeczne. 

Ach, ta zdechrystianizowana Francja!

Pełna sprawiedliwość stanie się możliwa dopiero wówczas, gdy ludzie nie będą traktować ubogiego, który prosi o wsparcie dla podtrzymania życia, jak kłopotliwego natręta czy jako ciężar, ale dostrzegą w nim sposobność do czynienia dobra dla samego dobra, możliwość osiągnięcia bogactwa większego. Jedynie z taką świadomością można odważnie podjąć ryzyko i dokonać przemiany, która wiąże się z każdą autentyczną próbą przyjścia z pomocą drugiemu człowiekowi. /św.JP II CA 57,58/