Jutro jadę na pogrzeb, a właściwie powtórkę. Spokojnie, nikt dwa razy nie umiera. Lat temu dobrych parę w naszym domu zmarł Karol. Karol był wychowankiem Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Kiedyś tam pracowałam. Urodzony w więzieniu, sierota- był dzieckiem Lasek. A ja jego matką chrzestną. Karol wyrósł, przy naszej i Lasek pomocy usamodzielnił się i miał rodzinę – u nas poznał kobietę życia i razem wychowywali jej syna. Zachorował na nowotwór, pod koniec życia znów zamieszkał w naszym schronisku, bo opieka przekraczała możliwości kobiety. I zmarł. Pochowano go na warszawskim cmentarzu miejskim. Zwykłą historia. Dalej- już trochę mniej zwykła, bo dawny wychowawca z internatu postanowił zachować pamięć o Karolu, ciało ekshumować i przenieść na laskowski cmentarz, tak, żeby po jego, wychowawcy, śmierci ktoś w ogóle grób odwiedził i świeczkę zapaliwszy pomodlił się w jego intencji. Kim był Karol w oczach świata? Niepełnosprawnym, niewidomym sierotą. Kim był dla starego wychowawcy? Bliskim, o którym pamięta się do końca. Nie numerem w ogromnej kartotece wychowanków, choć jeden z wielu. Dawna towarzyszka życia mieszka daleko, żyje w biedzie i do Warszawy nie dojedzie. Nie piszę normalnie takich rzeczy, ale tym razem aż mnie przekręca…Zaczęłam ostatnio przyjeżdżać na Stawki dodatkowo, gdy jest Doktor od Głowy, gdyż wiem, że będą raczej ciężkie przypadki i mogę być pomocna + często siadamy z doktorem i zastanawiamy się razem jak najlepiej pomóc. Po jednej takiej wizycie, na następny dzień odwoziłam jako „strażnik” 3 nasze mieszkanki – 2 schizofreniczki (z czego jedna cudem dała się namówić na leczenie po kolejnej ucieczce z psychiatryka, pracowałam nad tym dobre 2 tygodnie) i 1 chora, o której dr mówi: „w tej głowie już nic nie ma”, która u nas nie mogła znaleźć swojego łóżka, kurtki itd. Nie było możliwości samochodem, a było zagrożenie, że nie dojadą, bo po prostu uciekną – nie bardzo były chętne na leczenie, ale taki był warunek dalszego pobytu.W WKD nie zdążyłam kupić biletu, bo panie w tym czasie chciały dać nogę i dostałam od kanarów 4 mandaty. Nic, że pokazywałam skierowanie, nic, że widzieli panią bez kontaktu, nic że wysiadałyśmy pod Tworkami. Dali mandaty i tyle. Odwołanie właściwie wykpili. Właśnie piszemy kolejne – tym razem z zaświadczeniami od doktora, że panie nadal przebywają w szpitalu – widać jakie stany transportowałam do tego szpitala… i trafia mnie, bo tracimy (cały sztab ludzi tak naprawdę) czas, energię, nerwy i zapał do pracy i bycia z ludźmi przez takich matołów i biurokrację.Na drugi raz powiem, że jadę na leczenie do Tworek i rzucę się na tory…może pomoże… na głupotę!/Sylwia/
Tak naprawdę, toć przecież nie są to nasze dzieci, tylko chore Obywatelki Polski. Jak nie zapłacą, to najpierw firma windykacyjna, potem ….więzienie. Iluż takich wyciągamy, ratując budżet państwa od kosztów „osadzenia”? Tylko dlaczego ciągle my, zwykli obywatele? A system ma się dobrze. Podobnie jak głupota.
Ksiądz Jacek miał być dzisiaj u lekarza. W poczekalni był, ale lekarza nie ujrzał, bo lekarz nie przybył do pracy. No, nie przybył i już. Staruszka o kulach zapłakana. Przyczołgała się kawał drogi po leki, a tu kicha. Ks.Jacek wyciągnął z kieszeni kasę, złotych 90 – poszedł do apteki na przeciwko i staruszkowe leki kupił za pełną odpłatnością. On samochodem dojedzie do lekarza jutro.
Nad-obowiązkowo
daj nam miłość i ufność,
które pozwolą nam trwać blisko cierpiących,
być z tymi, którzy niosą krzyż odrzucenia,
patrzeć z miłością
na tych, którzy cierpią,
nigdy nie uciec,
ale towarzyszyć im do końca,
mówić z całego serca:
„Ufam Tobie, jestem z Tobą.”/brat Jean-Francois-Mały Brat Maryi, Matki Zbawiciela/

