Kilka dni temu zmęczona Renia szła warszawską ulicą. Miała wszystkiego dosyć. Biurokracji, której musimy sprostać, a z której nikt pożytku nie ma, tylko udręka i bezsens, kobiet w noclegowni, z którymi nie wiadomo co robić i które nie mają co robić, bo za stare, za słabe, żeby się do normalnego życia zaciągnąć, upału i bezdomnych w ogólności. Natknęła się przypadkiem na panią Krysię, owej noclegowni mieszkankę.

-Pani Krysiu- ładnie pani wygląda, schudła pani.

-Nie, nie schudłam, tylko chodzę z podniesioną głową. Dawniej byłam kiciusiem, myszką, łapcią i koteczkiem. Wstydziłam się podnieść głowę. Dzisiaj jestem panią Krystyną. 

Pani Krysia opuściła stary zawód, pracuje i właśnie dostała mieszkanie. Ma szczęście, że pochodzi z Warszawy, bo tu można jakimś cudem socjalne mieszkanie dostać. 

Renia się popłakała, ale zaczekała z tymi łzami do końca spotkania. 

I jak tu ich wszystkich zostawić? Zresztą, jak się trzaska drzwiami, to dzwonią i pukają. I tak doczłapiemy się razem do raju bram. Po drodze czasem przeklinając, czasem płacząc, czasem się śmiejąc.

Briton Riviere Wierność

dalej