Dla Artura „udało się” zdobyć recepty, czego wszystkim chorym, szczególnie starszym, niepełnosprawnym i mającym daleko do lekarza życzę. Nam z samochodem i życzliwym Panem Doktorem zajęło to drobne parę godzin.
Jedno z dzieci skończyło 18 lat i przechodzi na własny, czyli Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wikt w wysokości coś koło 500 zł, bo się uczy i było w rodzinie zastępczej. Formalności nie do ogarnięcia dla osiemnastolatka, któremu nikt w tym nie pomoże. A inicjatywy ze stosownego urzędu nie było, bo oni są od papierów a nie od wspierania wychowanków.
Przypomina mi się anegdotka z życia mojego ojca- lekarza w wiejskim ośrodku zdrowia, za głębokiej komuny. Epidemia grypy w latach sześćdziesiątych, do stu pacjentów dziennie, a tu kontrola…..wag dla dzieci. No i ojciec zapłacił karę za niezalegalizowaną wagę dla niemowląt kupioną kilka dni wcześniej. Za pracę po 20 godzin dla chorych nikt mu oczywiście nie zapłacił. Nawet się tego nie domagał. Uzasadnienie: oszukiwanie na wadze niemowlęcej. Jeden ze znajomych lekarzy specjalistów, człowiek poważny i dokładny, wyliczył, że przy obecnej formie obciążeń biurokratycznych, lekarz potrzebuje 10 minut/papiery/pacjenta. Pozostaje mu 5 minut na leczenie, przy standardzie 15 min/osobę.
Wchodzi w życie ustawa/kolejna/ zakładająca obecność asystentów rodzinnych. Już wiadomo, że ich nie będzie, bo nie ma kasy. Ale na utrzymywanie patologicznych instytucji pod nazwą dom dziecka -pieniądze są. Żeby nie skłamać, strzelam: utrzymanie jednego dziecka w domu dziecka kosztuje ok.4000 zł. Rodzinny dom dziecka otrzymuje na jedno dziecko ok.2000 zł. Rodzina zastępcza – ok.900 zł. Pensja asystenta rodzinnego byłaby pewnie kosztem maksymalnie 4000 zł. Obejmowałby ok.15 rodzin, liczmy 20 dzieci. z czego ufam- połowa dzieci mogłaby pozostać dzięki jego pracy w swojej rodzinie, a druga połowa – trafić do rodzinnego domu dziecka lub rodziny zastępczej. Nie poruszam innych względów, tylko czysty rachunek ekonomiczny. Bo Ewangelia wskazuje środki ubogie jako najbardziej skuteczne. A tych biurokratyczne młyny nie znoszą.
Wniosek jest jeden, jak zawsze: zmuszajmy władze, żeby pracowały, bo im za to płacimy, ale bądźmy realistami – tylko życzliwa, ludzka solidarność uczyni ten świat znośnym. No i czasem trzeba będzie zapłacić mandat za „oszukiwanie na wadze”, żeby ratować chorych na grypę. To cena przyzwoitości.
PS. Pan min. Arłukowicz – podobno- nie słyszałam osobiście, powiedział, że w Polsce każde dziecko jest z automatu ubezpieczone. To moim zdaniem nie jest prawdą. Ubezpieczone jest dziecko ubezpieczonych rodziców pod warunkiem zgłoszenia go do ZUS. Za dziecko nie płaci się składki, to inna sprawa. To dla tych, co chcieliby pójść do lekarza z dzieckiem, nie mając np. ważnej książeczki zdrowia podbitej przez pracodawcę. Jeśli ja się mylę, to mnie sprostujcie, proszę.
Nad-obowiązkowo

Dwa światy, jedna miłość
Na szczęście w Kenii nie odbierają dzieci z powodu złych warunków socjalnych. Przypuszczam, że za cenę jednego, luksusowego wózeczka dziecięcego afrykańska matka przeżyłaby rok.
