Grzesiek złamał nogę, przez co zochciński zespół „Złota Rączka” stracił 50% kadry. Został tylko wszechstronny Wojtek no i Darek od kładzenia kafelków. Reszta ma specjalizacje wąskie i raczej nie budowlane. 

Patryk wyspecjalizował się w porządkach. Jest nas kilkanaście osób, nie licząc tych, którzy tu byli i odeszli. Każdy ma swoje priorytety, zatem asortyment tego, co należy schować, bo może się przydać, jest ogromny. Od starych gumiaków, wszystkie rozmiar 37, czyli nikt nie ma tak małej nogi po…..niemowlęcy wózek z rattanu i puste pojemniki na nie wiadomo co, oraz miliony uszkodzonych części do wszystkiego-od kranu po samochód, który już dawno na złomie. Segregacja zajęła trochę czasu, ale posuwamy się do przodu i niebawem zrobi się znów miejsce na to, co może się przydać. Proces czyszczenia przestrzeni jest cykliczny, jak przepychanie wulkanu u Małego Księcia. W naszej duszy też trzymamy starocie, na wypadek nagłej potrzeby. Przyzwyczajenia, urazy, skarby – niepotrzebne – wyrzucić, dobre rozdać bliźnim i zwolni się miejsce na nowe Dobro. Dobro zawsze może się przydać.

A nasz Marcel- dziarski osioł  zachował się dzisiaj skandalicznie. Najpierw usłyszałam przeraźliwy kwik Teodora- wietnamskiej świnki, potem łoskot i wybiegłszy z domu zobaczyłam istną corridę w tumanach kurzu. Oślisko, które ma swoją stajnię,  zerwało się z łańcucha na łące, wlazło do zagrody pozostałych zwierząt /nie mamy pojęcia jak?/ i z furią atakowało łagodnego starego lamusa Cuzco, Teodora i koziołka – naszego Prezesa, uosobienie cwaniactwa, pogody i wdzięku. Na drzewie siedział Garfield i oglądał tę walkę z zainteresowaniem, ale bez emocji. Za to pani Bożenka i Tomaszek trzęśli się jeszcze długo z wrażenia.  Rozdzieliłam ich wodą z węża /zwierzaki, nie Bożenkę i Tomaszka, oczywiście/, bo chłopaki byli przy sianie i nie mogli pomóc. Było ostro! Terrorysta, chciał zająć ich teren. No cóż, Marcelu, powinieneś za przemoc wylecieć ze Wspólnoty.  Odpowiesz mi na pewno, że ludzie robią ludziom gorsze rzeczy i jak gdyby nigdy nic w ludzkiej wspólnocie pozostają. To prawda, ale Republika Zochcińska ma inne prawa i obyczaje.


I na koniec jeszcze o wyrzucaniu: niedawno w Krakowie widziałam bilbord tej mniej więcej treści: „Nie wyrzucaj żywności bo zanieczyszczasz środowisko”. No cóż, każda epoka ma swoje priorytety. Mnie uczono, że jedzenia się nie wyrzuca, bo są tacy ludzie, którzy nie mają co jeść.

Nad-obowiązkowo

Michał Kuźmiński: Taka scena: matka strofuje dziecko „jedz, bo dzieci w Afryce głodują”. Dziecko odpiera: „więc im to jedzenie wyślij”. Pokazuje to bezradność człowieka Zachodu, który wie o głodzie na świecie, ale nie wie, co może zrobić. Czy w ogóle coś może? 
S. Małgorzata Chmielewska: Oczywiście. Dziecko powinno było odpowiedzieć: „więc im wyślijmy”. Zarówno dziecko, jak i mama powinni się czuć za to odpowiedzialni. Jako chrześcijanie wybraliśmy pójście za Chrystusem, a więc skromny styl życia, który powinien pozwalać na dzielenie się z innymi.
Można nie jechać na drogie wakacje, lecz na trochę tańsze – i wziąć dzieci znajomych, których na to nie stać. Albo zaprosić na obiad dzieci sąsiadów, które nie dojadają. W lokalnej skali możemy zrobić bardzo wiele, dzieląc się tym, co mamy, zamiast wmawiać sobie, że mamy za mało, by się dzielić – bo to nigdy nie jest prawda.
Można też wesprzeć organizację, która dociera do głodujących. Albo, będąc młodym – wyjechać jako wolontariusz do takiego kraju – co w zachodniej Europie, rzekomo zdechrystianizowanej, jest nawet modne. Poświęcić czas, ręce i wiedzę, by pomóc, ale też, by się czegoś nauczyć.
To niemal heroiczny czyn, a Siostra mówi, że to modne? 
Znam wielu Francuzów, którzy tak zrobili. To pasjonująca przygoda. MłodziMłodzież spotyka się z inną rzeczywistością, wiele się uczy, a czuje się potrzebna. I co to za heroizm? Nie wyjechałby pan, mając 20 lat? Jeśli jedzie się na studia do Anglii, równie dobrze można pojechać tam – zależy, jaką wybieramy skalę wartości, jak głęboko sięga nasze chrześcijaństwo i – szerzej – zwykła solidarność.

Ale zaczyna się od codziennych gestów – co kupujemy, co jemy, jak się ubieramy. Rzecz nie w chodzeniu w pokutnym worku; nie idzie o to, byśmy się doprowadzili do nędzy, lecz byśmy żyli skromnie. Nie musimy co chwilę wymieniać samochodów. Pewien święty powiedział: płaszcz, który wisi w szafie, jest płaszczem ubogiego.

Takie świadectwo, choć to przecież nie męczeństwo, na pewno jest wymagające. Ale przecież chrześcijaństwo jest wymagające.

Mogę dokonywać prostych wyborów konsumpcyjnych – np. nie kupować towarów firm wyzyskujących tanią siłę roboczą. Czy w ten sposób komukolwiek pomogę?

Być może, jeśliby się to działo w skali globalnej. Ilu jest chrześcijan na świecie? Ale sedno wyboru tkwi w czymś innym: gdybyśmy my wszyscy, chrześcijanie, przyjęli postawę dzielenia się w naszym sposobie pracy czy prowadzenia firm – które muszą zarabiać, pytanie jednak, jakim kosztem i co się dzieje z zyskiem – nie potrzeba byłoby wielkich agend. A te wydają ogromne środki, zaś tylko 20 proc. pomocy dociera do potrzebujących.

W czasie wojny w Rwandzie agenda ONZ zakupiła ogromne ciężarówki Volvo do pomocy uchodźcom – w Gomie był obóz, który mieścił milion (!) uciekinierów. Ciężarówki nigdzie nie mogły dojechać z prostego powodu – braku dróg. Ktoś na tym zarobił. Uchodźcy dostali też namioty przypominające foliowe tunele – z przezroczystego tworzywa. Szklarnie do mieszkania w Afryce! 

Tygodnik Powszechny, wywiad z 2008 roku.

123