Z wysokości warszawskich biur i urzędów wróciłam na ziemię, czyli do Zochcina, który przetrwał nawałnicę. Zalane piwnice i oberwane rynny. To i tak niewiele w porównaniu z innymi miejscowościami. Nawet nie wypada narzekać.
Wojtek dostał mieszkanie i w ten sposób straciliśmy „prawą rękę” czyli złotą rączkę. Oby mu się powiodło w nowym życiu.
Czekałam na tramwaj w Warszawie. Podszedł do mnie młody chłopak, wyraźnie przyjezdny. „Co siostra myśli o krzyżu?” -zaatakował. „Nic”- odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo akurat myślałam o problemach naszych domów. „A pani?”- zwrócił się do siedzącej obok kobiety. „Ja nie mam czasu na takie rzeczy, bo muszę rano iść do pracy, a potem pomyśleć o dzieciach”- odpowiedziała.
Trzeba było błyskawicznie ewakuować dwójkę dzieci z kolonii w Łebie. Dzieciakom zmarł nagle ojciec. Nasza Ela przywiozła je pociągiem do Warszawy, tam czekał samochód z Zochcina, Ela natychmiast wsiadła w pociąg powrotny, bo na koloniach zajmuje się maluchami, a pan Zbyszek dowiózł dzieci do Nagorzyc. Wymagało to myślenia i koordynacji. No i 16 godzin w pociągu od Eli, a 9 godzin jazdy od pana Zbyszka.
„Co siostra myśli o krzyżu?”- pytał warszawski taksówkarz.”Nic”- odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo akurat jechałam do BWU /Bardzo Ważny Urząd/ i myślałam o sprawie do załatwienia. A wiadomo, że w  urzędach, bez względu na to jakich, nikt przebywać nie lubi. Ciekawe czy lubią sami urzędnicy? Po powrocie do domu na Łopuszańskiej usiłowałam znaleźć rozwiązanie dla człowieka uzależnionego od alkoholu. Wymagało to pomyślenia. A potem przebrnąwszy przez tłum mieszkańców i gości w domu  dotarłam do samochodu i cały czas myślałam, jak objechać Radom, żeby nie wylądować w Lublinie. Jest remont drogi i koszmarne objazdy, źle oznakowane. I tak ani ja, ani nieznajoma z przystanku, nie mamy czasu myśleć o krzyżu.