Wreszcie ruszyli tylną część ciała i zaczynają chronić kapucyńską misję w Republice Środkowoafrykańskiej.  Wojskowi oczywiście. Gdyby ojcowie ulegli i wyjechali, tak jak byli do tego namawiani, czy  miejscowi ludzie, którzy schronili się w misyjnych budynkach ocaleliby? Czy dla nich samych wojsko przybyłoby z pomocą? Wojsko, którego jest za mało o kilka tysięcy ludzi, żeby zaprowadzić tam spokój. Nie wiem. Jedno jest pewne: nasi bracia mogą spojrzeć w lustro. I nie miejmy złudzeń, że się nie bali i że łatwo było podjąć decyzję o pozostaniu. Oby pokój zapanował na tej ziemi. Kiedyś przyjdzie na pewno. I kiedyś, ufam, powróci tam życie. Kilka tysięcy żołnierzy – cóż, kosztuje, a poza tym przecież jesteśmy tacy pokojowi, uładzeni, cywilizowani. Bić się za jakiś nędzarzy- szkoda kasy i wysiłku. Nędzarzy, których kraj opływa w bogactwa. Rzecz dzieje się w byłej francuskiej kolonii, ale trzeba przyznać, niezależnie od pobudek, że Francuzi się jednak trochę ruszyli.  A braciom Kapucynom i siostrom Matki Bożej Dobrego Pasterza – wielki szacunek. 
Nienawiść i chęć zemsty zawsze wymyka się spod kontroli. Nierówności społeczne i wykluczenie z powodu rasy, religii, pochodzenia, poglądów czy innej „inności” zwykle kończy się buntem i odegraniem się na prześladowcach. W skali makro- całych narodów, państw i w skali mikro- w naszym codziennym życiu. 
Jaki lek? 
Stary: nawrócenie, pojednanie, przebaczenie. Wyspy pokoju na wzburzonym morzu ratują świat przed katastrofą. Bóg jest panem życia i historii i życie powraca zawsze. Może w innej formie, ale powraca. Każda ruina może zakwitnąć.