Rocznica czerwcowych wyborów. Prezydent zaprosił do pałacu przedstawicieli / w większości założycieli/ organizacji pozarządowych. Ludzi, którzy dwadzieścia dwa lata temu chwycili wiatr w żagle i los wielu współobywateli w ręce, tworząc coś, czego nie było- społeczeństwo odpowiedzialnych obywateli. Dostali medale- Jurek Owsiak, Janka Ochojska, Tomek i Basia Sadowscy, Donat Kuczewski, Zbyszek Drążkowski, dr.Sielicka -Gracka, I. Dzieduszycka, Halina Bortnowska i wielu innych, których działalność mniej znam. Janka Ochojska dziękując Prezydentowi wspomniała dzisiejsze jego urodziny, więc było „sto lat”. Na końcu dodała- „Ku chwale Ojczyzny, Panie Prezydencie, jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało”. Zabrzmiało mile retro, bo rzeczywiście – ci ludzie, których znam, wybrali taką formę służby owej Ojczyźnie zupełnie świadomie. Poza wielką polityką, budowanie od podstaw. A w ogóle było na luziku, jako, że wszyscy się cieszyliśmy, że możemy się po prostu spotkać. Część druga, czyli wyżerka mnie ominęła, bo po uściskaniu odznaczonych musiałam wracać do Zochcina na nasze bieda-party z okazji tutejszych licznych imienin i urodzin oraz do Artura, który ma ataki padaczki.
Czekałam przy pałacu na taksówkę. Po drugiej stronie trzech ogolonych na łyso młodzieńców rozbijało namiot protestu. Siedzący pod murem starszawy mężczyzna głośno, przez megafon informował o tragicznej sytuacji kraju, zniewoleniu i zdradach, drwił z niektórych polityków okraszając wypowiedzi pobożnymi frazesami. Mijał go obojętnie kolorowy tłum spacerowiczów i przechodniów.
Podeszła do mnie pani. Nie poznałam jej. Mieszkanka naszej noclegowni dla kobiet. Ozdobiona licznymi wizerunkami Matki Boskiej i Pana Jezusa, z różańcem w ręku. Towarzyszyła Megafonowi i osiłkom. „Jest strasznie, ja tu się modlę o wolność”. Oczywiście kobieta nie do końca rozumie o co biega, ale z całego serca się modli. Mam nadzieję, że Pan Bóg weźmie pod uwagę okoliczności i modlitwy wysłucha mimo wszystko. Da nam wolne od nienawiści i pogardy serca. Zmieni nasz język drwiny i ataku w język pokoju. Przypomni o solidarności, tej prawdziwej, nie obecno-związkowej. Tej szarej, codziennej. Kiedy trzeba się posunąć lub ustąpić miejsca, żeby słabszy mógł wejść. Kiedy trzeba zobaczyć więcej niż czubek własnego nosa.

A swoją drogą, gdyby nie 4 czerwca 1989 roku, Megafon, osiłki i nasza mieszkanka staliby pod pałacem najwyżej dwie minuty. A potem by siedzieli. Trochę dłużej niż dwie minuty. Nie byłoby też noclegowni dla kobiet, bo w najlepszym systemie nie mogło być biedy z zasady. Więc bezdomne kobiety/ i mężczyźni/ koczowały tysiącami na dworcach, klatkach schodowych i w śmietnikach. To ten widok zmobilizował Tamarę, mnie i Maćka Rayzachera do otwarcia w 1989 roku pierwszego domu dla bezdomnych kobiet. Dziś są ich w kraju dziesiątki prowadzone przez setki ludzi z różnych organizacji.
