Pies jednego z Blogowiczów zrobił sobie zapasik ze świątecznej rybki. Piesku, my robimy to samo, tylko nie kradniemy, a dostajemy i robimy zapasy z tego, czego nie rozdajemy natychmiast. Znów jedzie samochód do Warszawy z kiełbasą i słodyczami. W Warszawie nie ma już małych masarni mających jednego właściciela, który sam decyduje o swoim zakładzie. Dlatego tak trudno o wędliny. Tutaj łatwiej, bo pojedynczy człowiek ma serce. Korporacja jest bezimienna. Dlatego mamy kiełbasę z małych masarni w małych miasteczkach, od ludzi o niemałych sercach.
Wzruszające paczki od przyjaciół z Holandii. W każdej- życzenia, po holendersku oczywiście, od innej rodziny. Przewędrowały pół Europy. Ktoś kupił, pięknie zapakował, inny załadował na ciężarówkę, inny za nią zapłacił. Wreszcie- Inżynier ze mną segreguje. I muszę przyznać, że zawartość jest bardzo sensowna. Holendrzy to naród praktyczny. Zupełnie, jakby nas widzieli. I na końcu Marcin, lat 24, zanosi do magazynu albo na samochód do Warszawy. Mówię mu: popatrz, ile serca włożyli obcy ludzie, z obcego kraju, żeby wam pomóc i sprawić radość, a wy, coście dobrego ze swoim życiem zrobili? /Ćpał, pił i generalnie doprowadził się do inwalidztwa/. Odpowiedź była trafna: „Przep…śmy” Ale go to ruszyło. I chyba dało do myślenia.
Kiedy dostaje się tyle dobra, można uznać, że nam się należy, ale można też przyjąć je jako zobowiązanie do oddawania innym, do zmiany we własnym życiu. Może zapali się światełko w niejednym sercu?
W końcu Bóg narodził się całkiem bezinteresownie, wcale nam się to nie należało.
Sikorki dostały dwa karmniki. Załapały natychmiast, gdzie korytko. Niestety koty przetrzebiły mocno nasze ptaszki. Dzisiaj jeden zginął na moich oczach.
Albo kocury zmienią obyczaje, albo lokal.
Nie sposób wymieniać wszystkie gesty solidarności i dobroci. Za wszystkie dziękuję. I niech się uczeni kłócą, mądrale wymądrzają, politycy i władcy o stołki biją, a dobroć sobie cicho płynie przez wieki i nic jej nie zatrzyma.
