Urodziny Artura! Leży teraz w łóżku obstawiony kilkunastoma butelkami pepsi/każdy mu kupuje w prezencie po 2, bo zawsze musi być dwa/, w nowym dresie i z kolorowym budzikiem. Uwielbia zegary. W związku z tym co kilka dni kupuję w sklepie „wszystko po 5 zł” kolejny, ścienny zegar do kuchni, który szybko znika w Arturowych objęciach, a następnie przy pomocy różnych narzędzi jest rozbierany na części. A dzisiaj dostał prawdziwy budzik!. Mszę w intencji solenizanta odprawił ks.Jacek. I powiedział homilię, zwracając się do niego. A ten- siedział zasłuchany, ważny. Czy zrozumiał treść? Wątpię. Ale zrozumiał, że jest w tym momencie w centrum. I jak walnął w gong na podniesienie, to mury zadrżały. Bo Artur jest dzwonnikiem w kaplicy. Zawsze wie, w którym momencie trzeba uderzyć w gong, a w którym zadzwonić. I gasi świeczki po mszy.
W wieku 24 lat cieszyć się z budzika i gaszenia świeczek?
W schronisku dla chorych kłopot- nasza wspaniała pielęgniarka, Ewa wylądowała w szpitalu. Ewa to pielęgniarska instytucja, radząca sobie z najbardziej brykającymi pacjentami, gnijącymi ranami i wszami we wszystkich częściach ciała. Nawet spod szpitalnych /swoich/ kroplówek potrafi zadzwonić, żeby wydać instrukcje. Oby jak najszybciej wróciła. Pani Doktór już zapowiedziała, żeby jej jutro na dzień dobry 2 kubki melisy na uspokojenie zaparzyć, bo nie wyobraża sobie pracy bez Ewy.
A Pani Doktór to także instytucja i to jaka! Lepiej niech Pan Bóg jej się nie naraża i zdrowiem Ewę szybko obdarzy. Na jej prośbę do naszych chorych przychodzą najlepsi specjaliści, oczywiście za friko. Kiedyś tam byłam i piłam herbatkę. Nagle słyszę, jak ktoś od drzwi wrzeszczy; „pi, pi, pi…….znowu muszę tu włazić, do tych ……chorych, za jakie grzechy itd. ” Zdębiałam. Ale Andrzej mnie uspokoił. To tylko pan doktór dermatolog – on tak zawsze sobie żartuje jak wchodzi. Potem spędza długie godziny na konsultacjach. Jako wolontariusz.
Ostatnio zapytałam panią Krystynę od ilu lat przychodzi na Łopuszańską jako wolontariuszka. Od ośmiu lat, regularnie, co tydzień. Jest już na emeryturze. Pani Krysia dla mnie jest tam od zawsze i na zawsze.
I na koniec- z okazji arturowych urodzin. Kiedy był mały, pani Maria, staruszka, mieszkanka/ była z wykształcenia biologiem/ siedziała cierpliwie godzinami z Arturem w jadalni, podczas gdy on z uwielbieniem kręcił po stole pokrywkami od garnków. Inna pani, Renia, karmiła go cierpliwie małymi kawałeczkami chleba z miodem- nie umiał gryźć. Trwało to czasem pół dnia. Kiedy trzeba było, jeździła z nami do Francji. Specjalnie dla Artura, ona, starsza inwalidka bez nogi, 36 godzin w samochodzie. Żeby przy nim być.
Na wołowej skórze by nie spisał imion „ludzi wspaniałych”.
