Obiecałam dzieciom,że pójdą na kulki. /wyjaśniam: basen z plastikowymi kulkami/. Nie mogłam.Obiecałam, że pójdziemy jutro. Powinnam móc. Obiecałam dzisiaj z dziesięć razy. zadzwonić, załatwić, pomóc, zrobić. Oprócz kulek, chyba wszystko zostało zrobione. Wyjątkowo. Kiedy ktoś coś obieca i wykona, albo przynajmniej przeprosi, że nie wykonał, odczuwamy miłe zdziwienie.Na ogół hydraulik, elektryk, mieszkaniec, pracownik, lekarz, murarz, nauczyciel….obiecują, że dziś, natychmiast, jutro o 16-tej. I nie ma. Naprawionego kranu, instalacji, zapłaconych pieniędzy, wykonanej pracy, wyników badań, zbudowanej ściany, oddanej klasówki. Sama mam wyrzuty sumienia, że wiele razy nie dotrzymałam obietnicy. Żyjemy karmieni obietnicami. Sami nimi karmimy innych, rozbudzając nadzieję. A potem, jak gdyby nigdy nic- właśnie nic. Obiecywanie przychodzi łatwo. Nie kosztuje. A drugi człowiek czeka. Na spełnienie obietnicy. I spotyka go zawód. Obiecywanie łączy się z poleganiem na kimś , na jego słowach. „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”. To dzisiaj śmieszy. Dzisiaj uczymy siebie i nasze dzieci polegać tylko na sobie. Bo z góry zakładamy, że na innych polegać nie można.
Bóg nasz jest Bogiem dotrzymanej obietnicy. Dlatego trzeba uważać co się obiecuje i jak dotrzymuje. Rozczarowanie rani i boli.
Może właśnie to poczucie chroni nas często przed zostawieniem tego całego bałaganu, jakim jest nasza Wspólnota ze wszystkimi mieszkańcami i kłopotami. Obiecaliśmy, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby ludzie cierpiący i odrzuceni znaleźli swoje miejsce w społeczeństwie i w Kościele.
Słoń Horton obiecał Ktosiom uratować ich mały światek i słowa dotrzymał. No, nie było łatwo! /film Horton słyszy Ktosia/
