Jakiś czas temu pisałam o dziecku odebranym matce przebywającej w naszym domu. Sprawę rozpoczęto zanim do nas trafiła. Potem wpadła do nas brygada złożona z przedstawicieli rozlicznych instytucji, pokazali kobiecie postanowienie i odjechali z dzieckiem. Matka /i my/ została w szoku. I mamy happy- end. Dziewczyna pojechała do siebie, gdzie bida z nędzą, o dzieciaka walczyła, a cała wieś stanęła po jej stronie i to zupełnie realnie. Ma gdzie mieszkać, wyposażenie, pomoc. Dziecko jej oddano.
Czy nie można było od tego zacząć? No, ale dobrze, że na tym się skończyło. Małe krople solidarności. Ja dzisiaj doświadczyłam paru gestów życzliwości, które pozwoliły załatwić kilka spraw. Poniedziałek zawsze u nas szewski, nie z tradycyjnych powodów, tylko z powodu nawału spraw do załatwienia. Jak łapanie szklanek w czasie trzęsienia ziemi. Chwycisz jedną stracisz drugą.
A znajomy właściciel małej firmy właśnie zapija się na śmierć. Kolejny już z kręgu ludzi, którzy byli nam życzliwi i u których coś kupowaliśmy czy świadczyli nam usługi. Bezradność i nadzieja.
Może jednak nie było tak szewsko?
