Przywieźli go do Zochcina starsi ludzie z południa Polski. Spotkali Tomka na ulicy, brudnego, głodnego. Domyli, ubrali w ładne rzeczy, wynajęli pokój, bo nie mieli warunków w domu. Kiedy Tomek trafił do szpitala, odwiedzali. Przed przyjazdem do nas kupili całą wyprawkę. My doleczyliśmy Tomkowi pogruchotaną w czasie próby samobójczej/ nie wiem nawet gdzie/ nogę, tygodniami woziliśmy do lekarzy, żeby uzbierać dokumentację do renty, która mu się należy. Ale Tomek sobie poszedł i nie zdążyliśmy renty załatwić.Od czasu do czasu mamy telefony od dobrych ludzi, którzy przygarniają Tomka, opierają, karmią. A on zawsze im mówi, że nic, tylko chce wracać do nas, tylko pieniędzy na podróż potrzebuje. Więc mu dają i za jakiś czas mamy telefon…..Historia się powtarza.
Tomek był wychowankiem domu dziecka, jest niepełnosprawny psychicznie,a teraz i fizycznie. Ale, wbrew pozorom radzi sobie na swój sposób. Dzisiaj jedna pani stwierdziła, że jestem bez serca, kiedy jej powiedziałam, jak ma się sprawa Tomka i że, owszem, jak do nas dotrze, to go przyjmiemy. Dała mu 100 zł na podróż.Ale pewnie nie dotrze. Jeszcze nie teraz. Uzależniony od włóczęgostwa, błędny rycerz szuka miłości, której nie dostał w dzieciństwie. A swoją drogą chłopak ma nosa do dobrych ludzi.
