Po tygodniu oderwania od codzienności- rzeczywistość powróciła. A ja do rzeczywistości. I to spotkanie nas dwóch- mnie i rzeczywistości jest całkiem niezłe. Pranie, sprzątanie, moje chłopaki na podwórku, spacer z Arturem i telefony. Ksiądz Jacek w Krakowie po raz kolejny, tym razem na Osiedlu Teatralnym. To w takiej codzienności wykuwa się wierność. Zawsze jest pokusa, żeby zamienić codzienność, którą mamy, na inną. Tylko potem okazuje się, że nowa jest tak samo szara, jak była stara. Zdecydowanie lepiej jest pomalować tę, którą się już ma.
W którymś momencie życia trzeba wybrać „na zawsze”. Wielu odkłada ten wybór, lata lecą, a oni są ciągle duchowymi turystami, wędrowcami, którzy niczego nie zbudowali. To ból współczesności. Miłość zakłada wybór i wierność. Miłość się buduje, a nie „ma”. A na budowie czasem popsuje się wyciągarka. I można rzucić wszystko- wtedy chałupę zaleje przez dziurawy dach, albo ręcznie wnosić wiadra z cementem i osiągnąć sukces. Bezpieczny dom. Ojca, który jest w Niebie. „Owoce wydaje się przez wytrwałość”/Jezus Chrystus/
Nad-obowiązkowo
Wierność jest przede wszystkim aktem nadziei, nie pamięci. ks.J.Tischner
![]() |
| Kanada. Św. Andrzej Bessette zm w wieku 91 lat |
Ten prosty brat zakonny przeżył całe życie jako pracownik fizyczny, najpierw zarabiając na życie w Kanadzie i Stanach, a potem jako brat zakonny w klasztorze. Mył podłogi, okna, nosił drzewo, był furtianem. Zdrowie miał tak słabe, że od dzieciństwa niejako czekano na jego śmierć. Zmarł w wieku 91 lat! Czemu go kanonizowano?
Bo wszystko, co robił, robił z miłości do Boga. Promieniowała z niego. Codziennie, przez kilkadziesiąt lat życia zakonnego. Po pracy godzinami odwiedzał albo przyjmował biedaków i strapionych. Charakter miał nerwowy, potrafił jednak przeprosić i naprawić przykrość. Raz zwymyślał pewną protestantkę, tak, że wyszła z płaczem. Dopiero w drodze zauważyła, że została uzdrowiona z kalectwa. Jego miłość i pokora sprawiły, że Pan Bóg znalazł w nim „kanał przepływu” do czynienia cudów. Uzdrawiał na potęgę. Do końca pozostał zwykłym staruszkiem, braciszkiem „do niczego”, prawie analfabetą. I do końca troszczył się o innych. Przełożeni nie zawsze byli uradowani tłumami biedaków i cierpiących, którzy garnęli się do niego. Wszak ten prostak był od mycia i sprzątania,a nie od dawania duchowych rad. Po jego śmierci w 1937 r, w tygodniu przed pogrzebem, do trumny przyszło milion ludzi.

