No i już jesteśmy po awanturach w imię Boga, Ojczyzny i wszelkie inne imię. Wolność kosztuje- realne pieniądze na kordony policyjne i naprawy dewastacji oraz leczenie rannych, o wymiarze sprawiedliwości nie mówiąc. A może by tak w następnym roku zamiast burd, w imię Boga – Ojca Miłosierdzia, zorganizować zbiórkę na hospicja czy domy samotnych matek, albo na naukę dla ubogich dzieci? Już to sobie wyobrażam: 20 ooo ludzi stojących szeregiem wzdłuż warszawskich ulic i trzymających puszki. A zaoszczędzone na obstawach policyjnych pieniądze przeznaczyć na dobry koncert i wspólną zabawę lewych i prawych oraz środkowych. Choć jeden raz w roku.
O czym, ty siostra marzysz?
Ciekawe, że w innych niż Warszawa miastach i miasteczkach było w większości po prostu sympatycznie, czasem nawet podniośle i uroczyście.
A mnie, jak nigdy umknął dzień św.Marcina. To mój ulubieniec/spokojnie, święci i święte, mam wielu ulubieńców/. I jego postawa żołnierza rzymskiego, obywatela. Kiedy oddawał płaszcz biedakowi, oddał jak wiadomo połowę. Druga należała do cesarza. Była państwowa, wspólna. Kiedy młody demoluje coś w naszej świetlicy pytam: co zrobiłby twój ojciec, gdybyś tak się zachował w domu. Odpowiedź jest zawsze ta sama:”wp…. by mi”. Oj, mamy z tym problem, z praktyką.
Można od jutra spokojnie wrócić do codziennego patriotyzmu wynikającego z katolicyzmy lub też, jak kto woli odwrotnie. To oczywiście wersja dla wierzących, bo dla niewierzących pozostaje patriotyzm solo.
Nad-obowiązkowo
W bardzo wielkim, żartobliwym skrócie, to Pan Bóg stworzył narody, a właściwie inaczej: przyjął do wiadomości, że ludziska chciały Wieżę Babel, języków i kultur pomieszanie i różnorodność. I na swój sposób potrafi to wykorzystać. Każdy święty naznaczony jest temperamentem i kulturą swojego kraju i swoich czasów.

1586-1617

Św.Róża z Limy-ascetka do tego stopnia, że kiedy rodzina chciała ją wbrew uczynionemu ślubowi czystości, wydać za mąż, zniszczyła sobie cerę i ręce pieprzem i ługiem. Posty i umartwienia doprowadziły ją prawie do anoreksji. Mieszkała w szopie w podwórzu, na co w końcu przystała rodzina, bezradna wobec jej uporu. Modliła się 12 godzin, spała dwie. Nosiła włosienicę i wrzynający się w ciało łańcuch oraz, na głowie, koronę z cierni wbitych w skórę. 
W końcu, doszedłszy do duchowej dojrzałości/co nie złagodziło tych praktyk/ – zaczęła opuszczać swoją pustelnię i wspierać wszelką biedę-chorych, nędzarzy, prostytutki. 
Lima ją uwielbiała. I Lima zmieniała swoje grzeszne życie pod jej wpływem.
W czasach, kiedy chrześcijaństwo dopiero co kiełkowało w duszach świeżo upieczonych wyznawców- Indian/wiadomo, jak okrutnie zostali przez Hiszpanów potraktowani, ale to inny temat/, ta dziewczyna, przesiąknięta romantycznymi ideałami i kulturą brutalności przemówiła do serc i Hiszpanów i Indian  lepiej niż żyjący w tym samym czasie św. Marcin z Porres- święty łagodny jak Franciszek z Asyżu. Była córką swoich czasów i swojego narodu, a Pan Bóg przyjął jej dziwactwa jako wyraz/dla nas dość osobliwy/ miłości.