Dom, skromny, bardzo skromny, na uboczu. Staruszka i jej syn, niepełnosprawny, dorosły, ale dziecko. Co będzie, jak umrę? I łzy w oczach. Dom, skromny, mocno starsza pani, dwoje dorosłych dzieci – niepełnosprawnych. Co będzie, jak ja umrę? I łzy w oczach. Starzy rodzice kochający do bólu swoje „inne” dzieci. Co będzie? Wiadomo, co będzie. Oni wiedzą co będzie, więc starają się jak najdłużej trwać przy dzieciach i dać im miłość. Bo „inni” urodzili się inni, żeby nic nie mieć oprócz miłości. Miłości, którą dają i wzbudzają  w rodzicach. Miłości heroicznej. Miłości, która nie jest inwestycją w spokojną starość, wszak nie oni ją im zapewnią, w dumę, że syn, czy córka dadzą wnuki, zdobędą dyplom, poważanie, dorobią się.
W katolickim kraju na adopcję czeka wiele dzieci niepełnosprawnych. Czekają i czekają….. Czasem zdarzy się ktoś z obcego kraju, kto da im dom. Może nie katolicki, ale dobry po prostu.
Potrzebne kasety z muzyką, najlepiej ludową albo, sorry, disco-polo. Pan Jan słucha jej godzinami na starym magnetofonie, a kasety już zdarte. Mogą być płyty. Kupimy odtwarzacz CD.
Co jakiś czas będziemy się spotykać z „innymi” z okolicy, żeby wyszli z domów i zaczęli być nie-inni.

Arka- wspólnota ludzi niepełnosprawnych i zdrowych
założona przez Jean Vanier’a jest światłem w Kościele i świecie

Nad-obowiązkowo




A oto, co będzie, choć na szczęście rozdział pierwszy epopei- bidul-naszych bohaterów ominął. 

– To, co jest straszne dla zdrowego dziecka, które trafia do domu dziecka, bo rodzinie odebrano prawa rodzicielskie, jest jeszcze gorsze dla dziecka niepełnosprawnego –mówi. – Placówki nie mogą usamodzielnić większości tych dzieci. Przebywają one tam do 18. lub maksymalnie do 24. roku życia. Potem przenosi się je do DPS-ów, gdzie żyją wśród ludzi starych i chorych, i tam umierają. Dziecko przez całe życie odstaje od grupy, jest autsajderem. Inne idą na kulig, ono zostaje, idą się bawić, ono zostaje. Jeśli ma znaczną niepełnosprawność, to nawet nie ma kto z nim wyjść na spacer. Winę ponosi zły system, a nie „źli wychowawcy”. Wychowawca ma pod opieką kilkanaścioro dzieci z różnymi problemami, schorzeniami, zaburzeniami emocjonalnymi i w zachowaniu. Nie jest w stanie sprostać wszystkim potrzebom.
Inne problemy mają dzieci z niepełnosprawnością ruchową, a inne z niepełnosprawnością intelektualną.
Te drugie nierzadko traktowane są przez rówieśników jak małe błazny, z których można się pośmiać i zrobić im kawał. Wiele dzieci potrafi się przystosować do istniejącej sytuacji. Czasem bardziej udają błaznów, niż innym się wydaje, że nimi są. Czerpią z tego korzyści: niewiele się od nich wymaga, są zwalniane z wykonywania różnych prac, a gdy ktoś odwiedza bidul, jako pierwsze dostają cukierki.
Po zakończeniu kształcenia w szkole specjalnej dzieci, które nie są samodzielne i nie wyuczyły się zawodu, przechodzą do DPS, przez wychowanków nazywanych umieralniami. Mają po 18–20 lat. Po raz pierwszy stykają się ze śmiercią, starością, a często doświadczają prawdziwej samotności. Życie w bidulu okazuje się błahostką w obliczu DPS-owej codzienności. Pracownicy bidulów wolą na domy pomocy społecznej mówić „przechowalnie”.
– To może okrutne, ale gdy do nas przywożono osierocone niepełnosprawne dziecko, mówiło się, że lepiej dla niego byłoby, gdyby zostało uśpione, bo całe życie żyje w więzieniu i umrze młodo w otoczeniu starych ludzi – wspomina jeden z wychowawców. pełny tekst
inni