Zacznę od tyłu. Przeglądałam wpisy na Facebook’u, bo często tam ludzie wołają o pomoc, zwłaszcza teraz. Jane, że potrzeb jest bez granic, ale są takie, które wpadają mi w oko. Siedzę więc sobie wieczorkiem zadowolona, że mam chwilę oddechu, z nadzieją, że uda się choć raz dopić gorącą herbatę. Przez chwilkę. Bo w następnej czytam, że ktoś z Przemyśla wiezie 5 nieporadnych osób i nie ma dla nich miejsca. W ten to sposób w piątek w nocy wylądowała u nas grupa 3 starszych i 2 niepełnosprawnych osób, w tym niewidomy pan i jego dziewczyna w ciąży. Wszyscy lekko niepełnosprawni intelektualnie. Chwała wolontariuszom z warszawskiego Serca Miasta, którzy zgarnęli ich z dworca. Dla takich osób niełatwo znaleźć miejsce i mniej współczucia wzbudzają. Jakoś udało nam się “na szybkiego” pozbierać pościel, materace i ręczniki, nasz kucharz Edek zrobił zapas kanapek, a dzisiaj już mają łóżka i wygodę, dzięki naszym chłopakom.

I nie mam pojęcia, jak ci ludzie dotarli z Sum do Polski. Tam bombardowania.

Jazdy do producenta pod Kraków, po łóżka i materace /towar deficytowy za przyzwoitą cenę i szybko/ , kupno suszarki do bielizny do Nagorzyc /w domu kilkanaście osób, w tym dzieci/, telewizorów, bo dzieciaki bajki, a zestresowani dorośli wiadomości i jakiś film, a zapas odbiorników z darów i dekoderów nam się skończył, kupowanie routerów i ich konfiguracja /konieczna łączność z bliskimi i z ukraińskimi stronami/, rozładowanie transportu z Irlandii, pocieszanie roztrzęsionych kobiet. U jednej nasz Doktor od głowy stwierdził zespół stresu pourazowego, stan dość ciężki. Mam wrażenie, że kilka ma to samo, ale lżej.

Setki telefonów łączących ludzi, którzy pomagają. Rozładowanie i podział łupów czyli transportów z Anglii i Irlandii. Oczywiście to wszystko robi cała ekipa: Wspólnota, pracownicy, wolontariusze, mieszkańcy.

Dobra Fabryka, z którą od początku współpracujemy, wpada przejazdem. Pracują na granicy i po stronie ukraińskiej. Mieli naszego busa, niestety nie jest to nówka, więc dwa razy im się psuł, ale dali radę i nasz stary Opel odwiedził nawet Lwów.

Ludzie! Ja myślałam, że mieszkam “w domu spokojnej starości”, a tu budzę się z “przedszkolem” ukraińskim za drzwiami i muszę myśleć o mleku, soczkach i pampersach. Artura zabrały na tydzień Marcysia z Gabi, bo autystyk ciężko znosił zamęt. Cóż synku, pewien drań postanowił zabijać ludzi i musimy ich ratować.

Każdy nasz dom pracuje pełną parą, nie gubiąc po drodze spraw bezdomnych mieszkańców. Oni są i będą. Wielu pomaga jak może, posuwają się przy stole, żeby zrobić miejsce dla gości. I też przeżywają sytuację. Ci, co mają głowy.

Od początku wojny przyjęliśmy na krótsze okresy 77 osób w Krakowie, Warszawie, Brwinowie, a dłużej pozostaje z nami kolejne 35 osób. Połowa z nich to dzieci, w większości maluchy. Rekord bije Brwinów, gdzie do piątku gościło 36 osób- matki z dziećmi. Z reguły krótko, co zwiększa wysiłek, bo dla każdej rodziny trzeba od początku szykować łóżka itd. Pranie, sprzątanie, zaopatrzenie. Pomagają nam Panie Uchodźczynie, dla których każde zajęcie jest na wagę złota. Pozwala zapomnieć. Dajemy radę. Wobec nieszczęścia ludzi, którzy z dnia na dzień stracili wszystko, życie im się przewaliło, pogubionych, przestraszonych, wymęczonych dzieciaków, kobiet drżących o los swoich mężczyzn walczących na Ukrainie, nasz wysiłek nie znaczy nic. Modlę się i jakoś ufam, że pokój i życie powróci, choć będzie inne. Obyśmy my, jako ludzie byli też inni. Lepsi nie tylko niezwykłym zrywem solidarności, ale w szarej codzienności. Bo najtrudniejsze jeszcze przed nami.

Jest Wielki Post. Droga Krzyżowa to ludzie w schronach, pod bombami, na drogach ewakuacji, marznący przed granicą, śpiący na dworcach. To padający ze zmęczenia wolontariusze. To ludzie otwierający serca, portfele i domy. To także ci, co na innej granicy tkwią między drutami lub w lasach. Nam pozostaje chusta Weroniki.

VI stacja Drogi Krzyżowej: Weronika ociera twarz Jezusowi

Uwaga: Nie wrzucam zdjęć naszych gości z szacunku i w trosce o ich intymność.

Pisze Mikołaj, który
prowadzi dom w Krakowie, a aktualnie pomaga uchodźcom w Zochcinie i jeździ na granicę.

Brud pod paznokciami czy czyste dłonie?

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o doświadczeniu, które towarzyszy mi od dnia pierwszego wyjazdu na granicę polsko-ukraińską. Była to Medyka, trzy albo cztery dni od rozpoczęcia wojny w Ukrainie. Tamtego dnia, wysiadłem z samochodu i zobaczyłem świat piękna i brzydoty. Brzydota wynikała z nieludzkiego potraktowania innych ludzi przez dyktatora pozbawionego zasad, wartości, otoczonego przez drani równych jemu. Piękno wynikało z tego, że zobaczyłem prawdziwe męstwo kobiet, które uciekały do Polski – nie wiedząc tak naprawdę dokąd – przy tym pokazując największą wartość jaką można dać swoim dzieciom. Uważam, że prawdziwe męstwo jest wtedy, gdy nie mając nic, nie tracisz nadziei, pokonujesz przeciwności a najważniejszy dla Ciebie jest drugi człowiek. Uważam również, że dla każdego z nas, ta potworna sytuacja jest czasem na refleksję: czy aby na pewno, my sami nie zaniedbujemy wartości, które uważamy za przestarzałe. Czy brak widzenia drugiego człowieka – w życiu codziennym – nie wprowadza nas we współczesne niewolnictwo? Czy zbyt często mówimy piękne a żyjemy brzydko? Ci ludzie z granicy, są przykładem życia wartościami, o których często się zapomina. Pokazują, że w tak trudnych czasach znajdzie się miejsce na miłość i pokonywanie wszelkich trudności.